Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiastki z pogranicza światów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiastki z pogranicza światów. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 maja 2016

Upadek anioła

Odgrzewane kotlety w świeżej panierce, czyli pierwsze opowiadanko, które popełniłam wieki temu na użytek blogosfery. Chyba już kiedyś tu było, ale się zbyło (siła nieczysta?).


Rozpierała go radość, bo wreszcie otrzymał nominację na Anioła Stróża i swój pierwszy przydział służbowy - tyle tylko, że ze względu na przeciążenie niebiańskich teleportów był zmuszony dotrzeć do Obiektu na piechotę.

Kiedy raźnie maszerował polną dróżką, obracając w palcach gałązkę bzu i z rozkoszą wdychając słodki zapach maleńkich liliowych kwiatuszków, nic nie zapowiadało nieszczęścia.
Niebo przybrało odcień określany przez malarzy jako błękit paryski, w krzaczkach kląskały... no, te, jak im tam... ptaszyny (nigdy nie był dobry w ornitologii, co go zawstydzało - wszak ptaszek też stworzonko Boże...), a słoneczko mocno przygrzewało, jak to w południe. No właśnie, mocno przygrzewało... Prawdę mówiąc, skwar był nieludzki i pić mu się chciało niemiłosiernie... W pobliżu nie dostrzegał żadnego zdroju ani krynicy, a uciekać się w tak błahej sprawie do cudu - jakoś nie wypadało... (Zresztą cudotwórstwo przez cały okres nauki nie należało do mocnych stron Lazaela.)

Nie zdziwił się, gdy zza zakrętu wyłonił się dwukołowy pojazd. Z powodu wspomnianych już trudności niektórzy Aniołowie Posłańcy nauczyli się posługiwać rowerem. Śnieżnobiała szata rowerzysty sugerowała, że ma do czynienia z kolegą po fachu. Zdawała się to potwierdzać smukła figurka i anielsko piękna buzia, ozdobiona parą ogromnych, pełnych wyrazu oczu. Ucieszył się, widząc, że jadący zatrzymuje się obok niego, bo już wcześniej wypatrzył na ramie pojazdu naczynie z wodą.

- Hej, kolego, wyglądasz na spragnionego! - niewinne błękitne ślepka spoglądały na Lazaela z sympatią. (Chyba mu się przywidziało, że była w tym lekka domieszka czegoś innego... kojarzącego się z kotem, który oblizuje się na widok myszy... Tak... to na pewno przez ten choler... oops.... straszny upał...)
Dźwięczny, wysoki głosik  przybysza świadczył o przynależności do któregoś z wyższych Chórów. Cherubin?

Mniemany cherubinek wyciągnął w jego kierunku plastikową butelkę - miał malutką, smukłą dłoń z drobnymi paluszkami. Lazael za zdziwieniem zauważył, że paznokietki pokrywa krwistoczerwony lakier. Coś się tu nie zgadzało - owszem, diabły bardzo lubiły eksperymenty stylistyczne, ale zastępy anielskie obowiązywała skromność i prostota ubioru. Właśnie, ubiór... Strój cherubinka był wyjątkowo minimalistyczny, a na dodatek opinał się... opinał się na...

Spuśćmy miłosiernie zasłonę na następną godzinę z życia Lazaela. Dość na tym, że kiedy znów został sam na dróżce, długo otrzepywał skrzydła, usiłując oczyścić je z pyłu i usunąć z nich źdźbła trawy. Obejrzał się przez ramię, żeby sprawdzić, czy już w porządku i zamarł - pióra były kruczoczarne...
- Za co! - zaszlochał - Przecież ja nie chciałem! Opierałem się! Opierałem... No trochę...

Ukrył twarz w dłoniach. Czarne skrzydła oznaczały niełaskę i kilkusetletnie zasłanie do piekieł w charakterze upadłego anioła. Przez kilka wieków nie będzie mu dane słuchać subtelnej muzyki niebiańskich harf, wzniosłego śpiewu serafinów ani oglądać natchnionych (acz nieco przywiędłych) liczek  świętych niewiast spod znaku Ojca Tadeusza...

Z drugiej strony, Azazel, którego kara skończyła się trzy tysiące lat temu, do dnia dzisiejszego nie wrócił na górę... Ba, nawet na milimetr nie wychylił się zza piekielnych wierzei, żeby przypadkiem któryś z archaniołów nie wywlókł go stamtąd siłą...
Zaraz, za co to on został zesłany? Chyba to miało coś wspólnego z niewiastami... ale nie tymi świętymi... Lazael poweselał a oczy rozjarzyły mu się niezdrowym blaskiem. Ha, trudno... Kara to kara - trzeba odcierpieć!

Alexandre Cabanel (1823 -1889), Fallen Angel
zdjęcie pochodzi ze strony http://www.artrenewal.org/


piątek, 2 sierpnia 2013

Ordnung muss sein!


Tegoroczne nieludzkie upały sprawiły, że zaczynam się powoli przyzwyczajać do ekstremalnych temperatur. W związku z tym zostawiam na krótko moich bohaterów własnemu losowi i postanawiam zwiedzić piekielne otchłanie – nie lubię pisać o czymś, o czym mam wiadomości z drugiej ręki.
Ba, piekło to nie strefa Schengen, więc przyjdzie mi zabiegać o wizę…



Dietrich uzbraja oko w monokl, wyciąga z szuflady zwój pergaminu, rozwija, potem zakrzywionym nożykiem przycina wronie pióro i jego ręka wyczekująco zawisa nad kałamarzem.

- Imię i nazwisko?

- Już zapomniałeś? W zeszłą sobotę na przyjęciu piliśmy bruderszaft – ty, ja i ten, jak mu tam, Belzebub. Śmieszne imię, swoją drogą… Fakt, z czuba ci już wtedy dymiło jak z ruskiego czajnika, wrzeszczałeś, że widzisz cytrynowe aniołki i chciałeś rozdeptać kanarka ambasadorowej, ale mimo wszystko… Pamiętasz chociaż, co było potem? – chichoczę na samo wspomnienie.

- Ich bin… Rozmawiasz z funkcjonariuszem państwowym. Imię i nazwisko? – powtarza, a ja notuję w pamięci, że diabły też się rumienią.

- Liebe, przez ostatni tydzień nic się w tej kwestii nie zmieniło, zapewniam…

Pióro nieprzyjemnie skrzypi, jakby zaraz miało przebić pergamin na wylot.

- Data zgonu?

- Czy ja wyglądam na zwłoki, Dietrich?

- Muszę tu coś wpisać. Ordnung muss sein.

- Dobra, macie tu na podorędziu jakiegoś jasnowidza? Wróżkę? To może chociaż talię tarota? Też nie? – rozkładam bezradnie ręce. – Kiepsko się staracie. Zawsze mi mówiono, że za zaglądanie w przyszłość można trafić do piekła.

Milknę, bo wyraz twarzy Dietricha zapowiada, że lada chwila własnoręcznie postara się dopasować stan mojej ziemskiej powłoki do pustej rubryki.

- Płeć?

- Mogę sobie wybrać? Prooszę!

Wznosi oczy do… Nie, musiało mi się przywidzieć.

- Donnerwetter, Mad, mam tam za drzwiami całą kolejkę potępieńców!

- To mi się przyjrzyj, zamiast zadawać kretyńskie pytania. Sukkuba od inkuba też nie odróżniasz?

Nad bezdennymi czeluściami czarnych oczu Dietricha przez moment unosi się mgiełka rozmarzenia, ale szybko bierze się w garść.

- Stan cywilny?

Tym razem dłuższą chwilę namyślam się przed odpowiedzią.

- Zadowalający. Choć nie wykluczam zmian w bliższej lub dalszej przyszłości.

Dietrich znów znęca się nad nieszczęsnym piórem.

- Podpisz – burczy w końcu, podając mi pergamin.

- Wolnego, naprzód przeczytam, coś tam nagryzmolił. Znam te wasze numery z cyrografami.

Przebiegam wzrokiem tekst i marszczę brwi.

- Żartujesz sobie ze mnie?

Wzrusza ramionami, niezbyt starannie kryjąc złośliwy uśmieszek.

- Wszystko zgodnie z przepisami – turystów wpuszczamy tylko do trzech pierwszych kręgów.

- A niejaki Alighieri? Co to, w piekle też są równi i równiejsi?

- Właśnie, Alighieri… Wenn man vom Teufel spricht – chmurzy się. – Pozwoliliśmy mu wszystko obejrzeć, a on w podzięce tak nas obsmarował, że grzesznicy masowo zaczęli wracać na drogę cnoty…

Biorę rulonik, przy którym dynda na sznurku czerwona woskowa pieczęć. W drzwiach odwracam się jeszcze i pytam:

- Dietrich?

- ?

- To prawda, że ubierasz się u Prady?

- ??!!

- Nie? Tak też mi się wydawało…